Skip to content Skip to sidebar Skip to footer

Cześć.

Mam na imię Monika i mam 34 lata. Chcę opowiedzieć Wam, jak to się stało, że uwierzyłam Bogu i że Jezus Chrystus stał się moim Panem.

W mojej rodzinie tematy religijne nie były jakoś szczególnie poruszane. Do kościoła chodziło się „od święta”, tak jak to najczęściej bywa w „tradycyjnej” polskiej rodzinie. Chrzest, pierwsza komunia, bierzmowanie – wszystko tak, jak należy…

Jako nastolatka, prowadziłam dość imprezowe życie – zabawa, wszelkiego rodzaju używki. Wiem, że swoim postępowaniem dokładałam zmartwień mojej mamie, która zmagała się z problemem alkoholowym taty. Ja jednak nie przejmowałam się tym, ale robiłam to, na co miałam ochotę. Jako dorosła kobieta mogę otwarcie powiedzieć, że miałam problem z różnymi uzależnieniami, ale wtedy nie traktowałam tego jako uzależnienia, ale jako „wolność”.

Szesnaście lat temu poznałam mojego męża, dzięki któremu nie tylko udało mi się uwolnić od nałogów, ale również po raz pierwszy poczułam, że moje życie stało się wreszcie „ułożone”. Po jakimś czasie zamieszkaliśmy razem. Jak większość ludzi, nie stroniliśmy raczej od alkoholu. Nigdy nie piliśmy niczego mocnego, ale piwo to był w naszym domu standard. Cztery lata po naszym poznaniu urodził nam się upragniony syn. Mieszkaliśmy jeszcze wtedy w takim miejscu, gdzie była „super” parafia, i nawet przez jakiś czas chodziliśmy do kościoła w każdą niedzielę… Tak było do przeprowadzki – w nowym miejscu do kościoła nie poszliśmy już ani razu. Oczywiście zawsze mówiłam, że jestem „wierząca, ale niepraktykująca”. Znany tekst, prawda?

Wielkim „BUM” w moim życiu był pożar kamienicy, w której mieszkali moi rodzice z moim bratem. W wyniku tego pożaru zmarł mój starszy brat razem ze swoją dziewczyną… Miało to miejsce pięć lat temu. Pamiętam, że byłam bardzo zła na Boga za to, że zabrał z tego świata tak młodych ludzi, a uratował mojego ojca – alkoholika. Moje modlitwy, jeśli można to tak nazwać, to były właściwie tylko oskarżenia kierowane do Boga. Czas leczy rany… To prawda – z czasem jest lżej, ale ja nadal miałam w sobie nienawiść, byłam zła na Boga i na mojego tatę. Byłam zła, że ten, który nie zasługuje na życie, żyje. Tak wyglądała moja „relacja” z Bogiem.

Dwa lata temu mojemu mężowi najwyraźniej „odbiło”. Naprawdę tak to wyglądało. Zaczął nagle mówić o Bogu, zadawał mi jakieś dziwne pytania odnośnie wiary. Nawet kupił Biblię i podsuwał mi ją, próbując czytać jakieś fragmenty. Przestał pić, a gdy ja piłam, to, delikatnie mówiąc, nie był zadowolony. Pewnej niedzieli oznajmił mi, że „idzie do kościoła”. No i poszedł. A ja zostałam w domu z naszym synkiem. Tego dnia mieliśmy iść na wystawę roślin owadożernych, a on nie wracał i nie wracał. Kiedy minęły trzy godziny, wściekła zadzwoniłam do niego, a on jak gdyby nic odebrał i powiedział, że zaraz wraca. Trzy godziny? W kościele? Co on tam robił? W kolejną niedzielę był tam „tylko” dwie godziny. Zabrał też ze sobą naszego syna. Znikał też w środowe wieczory. Wreszcie zdecydowałam, że czas sprawdzić ten jego „kościół”. Znalazłam profil tego kościoła na facebooku i po jakimś czasie już wiedziałam z czym mam do czynienia. Wiedziałam, że nie jest to kościół katolicki, ale coś zupełnie innego. Mój mąż z synem zaczęli chodzić tam regularnie. Kilka niedziel później ja również poszłam z nimi, ponieważ mój mąż powiedział mi, że będzie mówił o swoim nawróceniu, i że to będzie jedyna okazja, aby tego posłuchać. Moje pierwsze wrażenie? Wszyscy uśmiechnięci, zadowoleni, otwarci. Czy to normalne? Poszłam tam też w kolejną niedzielę i okazało się, że tak – to normalne. Czułam się trochę dziwnie – bez tego całego ceremoniału do którego byłam przyzwyczajona, bez „klepanych” modlitw. Było zupełnie inaczej. Tutaj liczyło się Słowo Boże. Kazania były „bardzo mocno” oparte na Biblii. Przez cały czas ludzie wertowali Biblię w tę i z powrotem.

Od poniedziałku, który przyszedł po tej niedzieli, miałam urlop wypoczynkowy. Zaczęłam słuchać kazań ze strony tego kościoła, w trakcie których czytałam wskazane fragmenty Biblii. I właściwie tak spędzałam całe dni, do powrotu mojego męża z pracy. Przed nim ukrywałam to, co robiłam. Zaczęłam też czytać Pismo Święte, nie opierając się wyłącznie na kazaniach. W trakcie czytania Ewangelii według świętego Marka, trafiłam na historię o kobiecie, która została uzdrowiona przez Pana Jezusa (Mk 5,25-34). Ta historia niesamowicie mnie poruszyła. Ta kobieta dotknęła zaledwie szaty Jezusa i to wystarczyło, aby została wyleczona z choroby! Do tej pory nikt nie był w stanie jej pomóc! A tutaj wystarczyło tylko dotknąć ubrania!

Czytałam i czytałam… I w pewnej chwili dotarło do mnie, że jestem grzesznikiem i że za moje grzechy pójdę do piekła.

Rz 6,23a – „Zapłatą bowiem za grzech jest śmierć…”.

Wiedziałam jednak też, że jest nadzieja – że Pan Jezus przyszedł właśnie po to, aby zbawić grzeszników! Czyli również i mnie!

Mk 2,17 – A Jezus, usłyszawszy to, powiedział im: Nie zdrowi, lecz chorzy potrzebują lekarza. Nie przyszedłem wzywać do pokuty sprawiedliwych, ale grzeszników.

Wystarczy zawołać do Niego i będę uratowana!

Rz 10,9 – „Jeśli ustami wyznasz Pana Jezusa i uwierzysz w swoim sercu, że Bóg wskrzesił go z martwych, będziesz zbawiony.

Już wiedziałam, że nie ma co czekać, że dzisiaj jest dzień zbawienia! Ze łzami w oczach wyznałam Bogu moje grzechy i poprosiłam Go, aby zabrał ode mnie całą tę nienawiść, jaką noszę w sercu. Od tej pory moje życie całkowicie się zmieniło. To Pan Bóg mnie prowadzi – On jest moim pasterzem, moją nadzieją i moim zbawicielem.

Popełniłam w swoim życiu wiele błędów. Wiem jednak, że Bóg mi je wybaczył i, co więcej, nadal wybacza. Przez długi czas byłam jak ta kobieta ze wspomnianej wcześniej historii – ratunek był na wyciągnięcie dłoni, a ja szukałam go gdzie indziej – w świecie, w używkach. I nie znajdowałam. Ale wreszcie zrozumiałam – jedynym ratunkiem jest Jezus Chrystus. Tak dla mnie, jak i dla Ciebie.

Chwała Panu!

Monika Maciejewska